Kobiety i szatani – wywiad z Justyną Karolak

Kobiety i szatani – wywiad z Justyną Karolak

W skromne progi mojego bloga zawitała dzisiaj utalentowana pisarka, artystka, blogerka, kobieta wielu talentów, Justyna Karolak. Okazją do naszej rozmowy jest zbliżająca się premiera jej powieści, pod nieco tajemniczym tytułem Kobiety i szatani.

Janusz Muzyczyszyn: Justyno, na półki księgarskie trafia właśnie Twoje najnowsze dzieło Kobiety i szatani. Która to z kolei Twoja powieść?

Justyna Karolak Justyna Karolak: Z powieści wydanych tradycyjnie, czyli na papierze, i oznaczonych numerem ISBN – trzecia. Ale w rzeczywistości czternasta bądź piętnasta. Moja powieść debiutancka, czyli ta, którą weszłam na rynek wydawniczy w 2012 roku, faktycznie była szóstą, jaką napisałam w tak zwanym dorosłym życiu, czyli poczynając naliczanie od osiemnastu świeczek na torcie.

J.M.: Uważny czytelnik znajdzie zapewne wspólne wątki i tematy, które przewijają się w Twoich powieściach. A jak Ty to widzisz? Czy jest jakaś powtarzająca się nuta, która brzmi w Twojej twórczości?

J.K.: Nie chciałabym niechcący sugerować, jak czytelnik powinien czy miałby rozumieć moje powieści. Z drugiej strony na pewno są takie tematy czy wątki, które frapują mnie szczególnie – myślę, że prawie każdy pisarz ma swoją przewodnią nutę, która wypływa na powierzchnię jego powieści. U większości pisarzy zachowuje się ten sam, właściwy dla nich indywidualnie rdzeń. Jakaś bazowa esencja, która jest niezmienna – zmienia się tylko natężenie emocji i stylistyka, zmieniają się miejsca i bohaterowie, ale ta esencja pisarza zostaje i w każdej jego książce, jeśli skrupulatnie się przypatrzymy, zauważymy ją i chwycimy za pyszczek.

Tylko największym tuzom literatury pięknej udaje się przełamać ten swój charakterystyczny, rozpoznawalny, powtarzalny schemat – mam tu na myśli tych najbardziej wytrawnych, ponadczasowych pisarzy pokroju Márqueza na przykład. I tym wybitnym pisarzom czasem udaje się aż jakby „wyjść z siebie i stanąć obok” – zrobić literacko coś całkowicie świeżego, nietypowego dla nich samych. Ja jeszcze nie jestem na tym etapie i oczywiście pojęcia bladego nie mam, czy kiedykolwiek się do niego choćby zbliżę. Myślę, że ze wszystkich moich dotychczasowych powieści przebijają te same – nie chcę powiedzieć: szablony, więc powiem, że właśnie nuty. Wnikliwy czytelnik, taki, który tak jak ja lubi w literaturze zawoalowane smaki, różne alegorie czy inne labirynty znaczeniowe, na pewno te nuty w moich powieściach wyraźnie słyszy.

Natura czasu jako zjawiska i fizycznego, i metafizycznego. Pojedynki celu, czyli przeznaczenia, z przypadkiem. Samotny bohater uwikłany w niezrozumiały dla niego, intrygujący i podniecający, ale i drastyczny świat – żartobliwie określiłabym to sytuacją karolakowską. Podniosłość uczuć, poszukiwanie jakichś wyższych pokładów człowieczeństwa, a potem zderzanie tej podniosłości z prymitywną ludzką biologią, z prostolinijną nagością naszych-ludzkich ciał i ze zwierzęcym instynktem. Dziwny rodzaj obłędu, który czyha gdzieś w tle, choć pozornie cały świat przedstawiony wydaje się poukładany w sposób racjonalny, jednak pod spodem pulsuje surrealność, a tak zwana normalność i tak zwane szaleństwo ciągle biorą się za łby i tłuką na śmierć i życie… Wydaje mi się, że to są moje nuty przewodnie, a przynajmniej kilka takich spraw, w które chętnie się wgryzam, pisząc. Myślę, że nie przełamię swojego literackiego schematu, dopóki nie pogryzę tych spraw naprawdę do krwi – dopóki całkiem się nimi nie zasycę i nie strawię.

J.M.: W Twoich powieściach obserwuję bardzo wyraźnie rozgraniczone role kobiet i mężczyzn. Widoczne jest to w Głowie do pokochania, w Mowie kruka i w Kobietach i szatanach. Czy to przejaw Twojego pisarskiego planu, czy przypadek?

J.K.: Szczerze powiedziawszy, nie bardzo rozumiem, o co pytasz. Jeśli uważasz, że bohaterki i bohaterowie moich powieści są względem siebie nieco odizolowani, że nie potrafią ściśle się ze sobą połączyć, nawiązać wyrazistej, jednoznacznej komunikacji, to na pewno masz sporo racji – widać to szczególnie w Mowie kruka. Natomiast w Głowie do pokochania występuje tylko jeden bohater męski – w dodatku zdecydowanie drugoplanowy, i z tej pozycji bardziej pełni funkcję katalizatora różnych zdarzeń niż bytu osobowego, nie wiem więc, skąd takie Twoje spostrzeżenie o tej powieści. Nie przypisuję ani kobietom, ani mężczyznom w swoich powieściach żadnych konkretnych ról – ani intelektualnych, ani społecznych.

J.M.: Pozwól zatem, że uściślę pytanie. W moim odbiorze w wymienionych powieściach wyznaczasz bohaterom płci męskiej taką pomocniczą, drugorzędną rolę. Główni bohaterowie, którzy ciągną akcję (i uwagę czytelnika) do przodu, to kobiety. W każdej powieści inna, zajmująca się czymś innym. Oczywiście nie uważam, że są od siebie izolowani – wręcz przeciwnie, jednakże to kobiety stoją u Ciebie „po jasnej stronie mocy”. Stąd wynikało moje poprzednie pytanie. Być może to, jak postrzegam Twoich bohaterów wynika z innej, męskiej optyki widzenia. Podtrzymuję jednak moją opinię, wyrażoną w recenzji Kobiet i szatanów, że tworzysz piękną, humanistyczną i feministyczną literaturę. Jestem jej fanem.

J.K.: Trudno mi się z Tobą zgodzić, dziwię się temu, co mówisz, bo główny bohater Mowy kruka jest mężczyzną i to z nim czytelnik spędza całą powieść, kobiety spotyka tam jedynie od czasu do czasu. Owszem, są dla tej powieści ważne, dopełniają głównego bohatera – czasem stanowią dla niego potężną przeciwwagę, czasem mu przewodzą, ale nie są wiodącymi postaciami historii i akcję ciągnie mężczyzna. To na nim spoczywa ciężar fabuły i obowiązek prowadzenia czytelnika przez całą opowieść – taka jest faktyczna narracja tej powieści i z tym faktem niczego nie wskórasz, nie możesz temu zaprzeczyć. Ponadto sformułowanie „po jasnej stronie mocy” sugeruje, że wybielam, idealizuję postaci kobiece, a to chyba ostatnie, co można by stwierdzić o moich bohaterkach – nie brakuje im wad, zdarza się, że zachowują się irytująco, są… zwyczajne, ludzkie… Ogromnie dziękuję za docenienie humanistycznego wydźwięku moich powieści, ale męscy bohaterowie zajmują w nich bardzo różne miejsca – raz czołowe, raz drugoplanowe, a jak do tej pory większość moich czytelników to mężczyźni, więc naprawdę zupełnie nie mogę odnaleźć się w Twojej tezie, jakobym tworzyła swoją literaturą jakiś czysto kobiecy świat.

J.M.: Którą ze swoich dotychczas opublikowanych powieści uważasz za najważniejszą, a o której mogłabyś powiedzieć, że zawiera Twoje credo życiowe?

J.K.: Nie obrałam ścisłego życiowego credo, nie mogę o sobie powiedzieć, żeby przyświecała mi jedna, wyjątkowo dla mnie cenna maksyma – jestem jak Kisiel: zawsze lubowałam się w stanowiskach trzecich. Każda moja powieść jest dla mnie tak samo ważna i jednocześnie… nieważna. Nieważna, bo szczęśliwie dorobiłam się świadomości swojej małości – świadomości swoich i ludzkich, i pisarskich niedostatków. A ważna, bo wkładam w nią maksymalny wysiłek, na jaki mnie w danym momencie życia wewnętrznie stać.

Mówi się, że debiut wydawniczy jest dla każdego pisarza najbardziej autobiograficzny – w odniesieniu do prezentowanych idei. Wydaje mi się, że trochę tak jest. Nie mówię o walorach autobiograficznych w sensie nanoszenia na fikcję literacką swojego osobistego, realnego życia, tylko w sensie zespolenia się ze swoim pisaniem, wchodzenia w proces pisarski „całą duszą i ciałem”, jak powiedzielibyśmy poetycko. Coś takiego faktycznie dzieje się u młodego stażem, początkującego pisarza, że przenika on do środka swojej książki, jak gdyby się z nią zespala – ze mną też tak było. I w tym sensie pierwsza powieść ma dla każdego pisarza znaczenie koronne, chociaż istnieje też zjawisko tak zwanego debiutu właściwego. Nierzadko zdarza się tak, że dopiero kolejna czy zupełnie daleka powieść pisarza jest rozumiana przez niego samego jako właśnie rzeczywisty debiut – mimo że wydał pierwszą książkę przed laty, dopiero osiągnąwszy pewną dojrzałość w pisaniu, może utożsamić się intelektualnie, rozumowo z tym, co pisze. I patrząc na sprawę od tej strony, ja swojej właściwej powieści debiutanckiej jeszcze nie popełniłam… mam wrażenie, że jestem bardzo blisko, ale ta moja „powieść właściwa”, czyli ta ewidentnie najważniejsza, jeszcze mi się wymyka.

J.M.: Jesteś doświadczoną pisarką (przepraszam za rodzaj żeński, ale nie znoszę formy pisarz, malarz w stosunku do kobiety). Co Cię inspiruje? Skąd bierzesz tematy do swojej twórczości i co jest Twoim kołem napędowym?

J.K.: Inspiruje mnie wszystko. Dosłownie: wszystko. I nie jest to ani kokieteria, ani arogancja z mojej strony, tylko prawda – zwyczajnie w ten sposób pracuje mój umysł, moja wyobraźnia, i nie ma w tym mojej zasługi, tak samo jak nie ma winy. Moja głowa praktycznie co dzień wałkuje pomysły na kolejne projekty literackie, w tym: powieści. Mój mąż śmieje się, że ja ze wszystkiego zrobię literaturę – nawet z szarej płyty chodnikowej. To oczywiście żartobliwa przenośnia, ale zawiera ziarno prawdy. Rzeczywiście pomysły, inspiracje napotykam i łowię niemal na każdy kroku. Więc sam motor napędowy w moim przypadku jest banalny: pisanie ciągle depcze mi po piętach, bardzo często myślę słowami, zdaniami, a nie obrazami. Chciałam pisać twórczo od dziecka, od kiedy poznałam kształt liter, dlatego myślę, że moja życiowa droga jest pod tym względem prosta, wręcz trywialna. Moją zmorą jest coś całkiem innego: to, jak pozbywać się niektórych pomysłów, jak je odcedzać, z czego rezygnować. Dlatego to właśnie z wyborem i precyzowaniem tematów do powieści jest u mnie dużo, dużooo trudniej – inspiracja to jedno, i inspiracja za każdym razem jest dla mnie łatwa do uchwycenia, natomiast cały psikus polega na tym, jak tę inspirację w sobie zmielić, a potem co z niej ulepić, tak żeby zbudować w powieści jakiś intrygujący wątek, pokazać jakiś niezwykły, nietuzinkowy problem. To dla mnie wyzwanie – właśnie ten etap zagęszczania pomysłu i przekształcania go w wyraźny zamysł powieści, a potem w plan i gotową książkę…

A co do żeńskich i męskich form – warto wiedzieć, że z języka polskiego form żeńskich odnośnie do nazw niektórych zawodów pozbyły się… feministki. W czasach emancypacji Polek, kiedy kobiety wychodziły ze wsi i wchodziły do miast, kiedy zaczynały podejmować wysokie wykształcenie i pielęgnować wyższe stanowiska pracy i wyższe funkcje społeczne i urzędy, właśnie wówczas same feministki odcięły się od form żeńskich, zrezygnowały z nich zwyczajnie – dla podkreślenia, że wykonują dany wymagający zawód tak samo biegle jak mężczyzna, że nie ma żadnych racjonalnych powodów, dla których w nazwie zawodu miałaby być akcentowana ich płeć. Dlatego do kanonu, do normy językowej wpoiły się męsko brzmiące nazwy również w odniesieniu do kobiet – filolog, profesor, psycholog, doktor i tak dalej – i stało się tak na życzenie kobiet, nie na życzenie mężczyzn. Oczywiście potwierdzenie tych moich słów można bez kłopotu znaleźć u uznanych językoznawców i badaczy kultury i historii języka polskiego – ja przytaczam je jedynie jako ciekawostkę językową, skoro zahaczyłeś, Januszu, o ten temat. Tymczasem sama z przekory mówię o sobie „pisarz”, bo to dla mnie zawód. I chciałabym być oceniana w ramach jakości, z jaką ten zawód wykonuję, a nie w ramach nagrody lub kary za swoją kobiecość. Poza tym słowo „człowiek” jest rodzaju męskiego – mnie ten fakt nie przeszkadza, ja przez cały czas czuję się przede wszystkim człowiekiem, a kobiecość moje człowieczeństwo jedynie dopełnia. Ale to nie kobiecość jest motorem napędowym mojego pisania, tylko łeb, zwykły ludzki łeb… hmm… Łeb też jest rodzaju męskiego – czyż to nie zabawne…? Ja uważam, że dużo milej, ciekawiej jest bawić się językiem, niż oburzać na język – niech każdy stosuje takie słowa i wyrażenia, które mu pasują: dopóki każde z nas dba o komunikowalność języka, jakim osobiście się posługuje, dopóty wszystko w jak najlepszym porządku.

J.M.: Czym jest dla Ciebie pisarstwo? Misją, hobby, potrzebą duchową, formą ekspresji, czy jeszcze czymś innym?

J.K.: Najpierw pisanie było po prostu pasją – ogniem czy niezmordowanym zapalnikiem, samonapędzającym się wabikiem. Potem urosło do formatu pracy – stało się rzemiosłem, świadomym wysiłkiem. Co prawda fundament w postaci pasji pozostał na swoim miejscu, nie wyparował ani nie zniekształcił się, ale spoczęły na nim obowiązki. No i w ramach tego, co określam swoimi obowiązkami pisarza, mieści się zarówno ekspresja i potrzeba duchowa, jak poczucie misji.

Rzeczywiście trochę traktuję swoje pisanie jako misję – wolałabym, żeby tak nie było: wolałabym być po prostu żywiołowym, ekspansywnym artystą, który daje ludziom piękno, jakąś wymownie śliczną porcję estetyki. Niestety nie mogę o sobie tego powiedzieć – nie bardzo potrafię uwolnić się od swojej misyjności, ciągle chcę od literatury czegoś więcej, chcę wycisnąć ją do cna, sprawić, żeby przynosiła ludziom coś ważnego, wartościowego, coś takiego, co ich „potrąci”, da do myślenia, z czym poczują się niewygodnie i co będzie dla nich korcące, drażniące, a zarazem „chropowate”, „ostre”…

Ale myślę, że to, co kieruje mną najsilniej, to potrzeba intelektualna. Ja po prostu chcę lepiej, czyli pełniej, dokładniej, głębiej rozumieć rzeczywistość – rzecz jasna na miarę moich możliwości i ograniczeń. Chcę poznawać rzeczywistość, nazywać ją i utrwalać wnioski płynące z tego poznania. I tego charakterystycznego, metodycznego rozumienia nigdy nie chciały mi zapewnić inne aktywności, takie jak czytanie i uczenie się, także nie dawało mi tego ani malarstwo, ani rzeźba, ani fotografia… Ten specyficzny moment pełniejszego rozumienia świata uzyskuję wyłącznie w procesach pisarskich, w sytuacjach obmyślania i budowania literatury.

Można więc powiedzieć, że tamto poczucie jakiejś misji, o którym wspomniałam, właściwie jest zaledwie czymś wtórnym w stosunku do tych egotycznych mechanizmów, które każą mi pisać, a nie porabiać w życiu coś innego… Ja po prostu chcę rozumieć świat i swoją i innych ludzi obecność i rolę w tym świecie, a jak do tej pory nie znalazłam bardziej skutecznej dla siebie metody budowania w sobie tego rozumienia niż właśnie ta metoda, która nazywa się pisaniem literatury.

J.M.: Czy zechcesz opowiedzieć o początkach swojej kariery pisarskiej? Jak to się zaczęło? Jak Twój „szalony” pomysł przyjęło otoczenie? Czy spotkałaś się kiedyś z niezrozumieniem, brakiem akceptacji?

J.K.: Słowo „kariera” w odniesieniu do mnie jest mocno, bardzooo mocnooo na wyrost. Ale rzeczywiście zajmuję się powieściopisarstwem od ponad osiemnastu lat, no więc – tak: mam za sobą jakiś początek i jakiś środek tej drogi…

Przyjęciu moich młodocianych wyborów pasjonackich i zawodowych przez rodzinę nie towarzyszyły najmniejsze problemy – mój tata był artystą, znał i obserwował mnie od dziecka, dlatego wiedział „z góry”, któż to taki wyrasta mu pod dachem. Od dzieciństwa przejawiałam wyraźne predyspozycje do sztuki – najpierw do malarstwa, potem do literatury, dlatego rodzice nie byli zaskoczeni moimi deklaracjami i decyzjami. Tata-artysta przetarł mojej pragmatycznej mamie ten szlak – dzięki tacie, kiedy ja wkraczałam na swoją drogę sztuki, mama już wiedziała, z czym to się je, rozumiała, że to wybór życiowy związany z loterią finansową, nieprzewidywalnością zarobków. Jeden i drugi rodzic dał mi dużo wsparcia na tym polu rodzicielskiej wyrozumiałości – oboje zdawali sobie sprawę, że mój wybór, że chcę iść przez życie jako pisarz, związany jest z moim poczuciem „nieuchronności wewnętrznej”… a z czymś takim nie da się dyskutować – można to tylko uszanować i zaakceptować albo znienawidzić. Oni – uszanowali i zaakceptowali.

Natomiast z niezrozumieniem i brakiem akceptacji spotykałam się często w relacjach z dalszym otoczeniem – dziś mam przy sobie wyłącznie tych przyjaciół i znajomych, którzy mi kibicują, którzy rozumieją, że pisarstwo to mój sposób na moje życie i nie podważają tego sposobu, nie kwestionują go, nie traktują cynicznie. Już nie podtrzymuję kontaktów z ludźmi, którym wydaje się, że jeśli pisarz jest niszowy – tak jak ja – jeśli nie zarabia dużo, to jego pisarstwo nie ma głębszego sensu. Ja traktuję pieniądze wyłącznie jako konieczny przetrwalnik, ale sfera materialna jako taka zawsze była dla mnie drugorzędna. Wielu ludzi tego nie rozumie i nie akceptuje, to wątek na oddzielną i bardzo obszerną dyskusję. Dodam, że do tej pory spotykam ludzi, którzy usiłują podważyć mój status pisarza – wmówić mi, że moja literatura jest bez sensu, skoro nie przynosi konkretnych dochodów, skoro „nie mam nazwiska”. Nauczyłam się błyskawicznie odcinać od siebie tych wielce dowcipnych i rezolutnych kpiarzy, przestałam poczuwać się do obowiązku tłumaczenia im czegokolwiek. Powtórzę tu za Harukim Murakamim: „Jeśli nie rozumiesz bez tłumaczenia, to nie zrozumiesz, choćbym nie wiem ile ci tłumaczył”. Jeden z czołowych, najwybitniejszych pisarzy w historii świata, Joyce, był potępiany i wyszydzany, walczył grube dekady o społeczne uznanie. Nasz rodzimy wytrawny pisarz, Reymont, pisywał literaturę w stróżówce przy przejeździe kolejowym… Tego typu przykłady można mnożyć! Jeśli ktoś nie rozumie, że poziom materialny nie definiuje wartości pisarza, to jego problem, nie mój – być może brzmi to butnie, ale taka jest prawda. Wszystkich nas, po prostu: ludzi, rozstrzygnie historia, ludzka pamięć. Ja piszę swoją historię codziennie – piszę ją dosłownie. Nie mam pojęcia, co z tego wyniknie, jednak robię swoje, ponoszę za to wielkie koszty osobiste i dzielnie znoszę swoistą finansową próżnię – życzę każdemu pragmatycznemu kpiarzowi, żeby spróbował w swoim życiu podobnego ryzyka: zanim ktoś zacznie kpić z dowolnego twórcy, niech najpierw sam spróbuje postawić wszystko na jedną kartę i nie spalić się w tym wyborze. Ja jestem wdzięczna za to, kim jestem – za to, że trwam w pisaniu – nawet jeśli czasem dla niektórych ludzi znaczę niewiele.

J.M.: Proces twórczy trwa na ogół długo i zależy od tematyki, umiejscowienia w czasie i rodzaju literatury, który się uprawia. Jak to jest u Ciebie, ile czasu zabiera Ci praca nad nową powieścią, który etap procesu tworzenia sprawia Ci najwięcej trudności?

J.K.: Co projekt literacki, to odrębne wyzwania i różny czas mierzenia się z nimi, filtrowania pomysłów i realizacji zamierzeń. Myślę, że mój średni czas całkowitej pracy nad powieścią to dwa lata.

Zwykle długo noszę w sobie pomysł na powieść – chodzę z takim pomysłem w głowie przez kilka tygodni albo i miesięcy. Jeśli przez cały ten czas ten konkretny pomysł nie chce ze mnie opaść, jeśli ciągle się intensyfikuje, puchnie w wyobraźni, to jest to dla mnie sygnał, że być może złapałam dobry, wymierny trop na nową powieść. Wtedy zasiadam do planowania. Otwieram papierowy zeszyt i piszę plan powieści. Dla każdej powieści ten plan wygląda kompletnie inaczej, każda książka ciągnie mnie w stronę innej metodyki pracy. Myślę, że wypróbowałam większość z możliwych dla pisarza formatów planowania – od à la matematycznych osi czasu związanych z linią fabularną powieści, przez rysunki, szkice plastyczne, karteczki lepne i fiszki, przez opisy i rozbudowane charakterystyki postaci, aż do bardzo syntetycznych list w punktach, pojedynczych słów-kluczy i notatek głosowych, nagrywanych dyktafonem… Każda powieść wymaga ode mnie zaakceptowania, że trzeba inaczej rozłożyć w niej akcenty, inaczej natężyć różne zdarzenia, inaczej wpoić suspensy czy inne środki kompozycyjne.

Kiedy już upewnię się, że dla danej powieści w ramach planu zrobiłam wszystko to, czego ta konkretna historia ode mnie wymaga, wtedy rozpoczynam research, czyli żmudny proces tropienia informacji, faktów obecnych w realnym świecie, które są mi potrzebne do prawdomównego, czy po prostu do bardziej przenikliwego opowiedzenia danej historii. Staram się wymuszać na sobie, żeby każdy research był możliwie fizyczny, bezpośredni, czyli staram się sprowadzić taki proces tropienia różnych informacji do fizycznego wyjścia z domu i osobistego dotknięcia jakichś miejsc albo sfer życia czy sytuacji, których sens później przeszczepię do powieści.

Bardzo lubię etap pisania planu powieści, bo to dla mnie ogromnie kreatywny proces – to taki etap budowania szkieletu powieści, w którym jeszcze wszystko jest możliwe i mogę popchnąć fabułę w bardzo różne odcienie czy rozwidlenia i zaskoczenia. Dopiero research decyduje o tym, którymi zaułkami moja powieść rzeczywiście skręci, jak potoczy się cała historia, jaki będzie jej finał i kluczowa puenta. Wnioski z researchu nanoszę do planu, czyli wskutek researchu czyszczę plan, wykreślam i dodaję do niego to, co wykazał research. I research jest dla mnie najtrudniejszym etapem pracy nad powieścią. Przykładam do niego bardzo dużo koncentracji, pilności, powiedziałabym nawet: lojalności, ale to dla mnie okropnie żmudny, uciążliwy proces. Uważam, że research zawsze roztacza przed pisarzem nowe wątpliwości – dopiero podczas researchu widać, jakie dziury ma fabuła, gdzie tę fabułę trzeba uzupełnić, co przycisnąć, a co rozpuścić i tak dalej. Dla mnie to siłowy, arcytrudny proces.

Potem, kiedy w końcu przychodzi do właściwego pisania powieści, to już w mojej percepcji zwyczajne zadanie, które najczęściej nie wzbudza we mnie specjalnych emocji – bo wtedy już wiem, co muszę robić, postępuję po prostu zgodnie z planem. Piszę powieść nie po kolei, to znaczy nie piszę rozdziałów w ich właściwej, widocznej potem dla czytelnika kolejności, tylko piszę zgodnie z taką kolejnością, jaka będzie najbardziej wydajna, a na koniec sklejam rozdziały w chronologiczną i logiczną całość, odkładam manuskrypt, potem poprawiam, redaguję i koryguję, znowu czekam, i znowu wracam i poprawiam, i tak w kółko… dopóki nie osiągnę pełnego poczucia zmęczenia całą powieścią i takiego wrażenia, że zrobiłam dla tej powieści naprawdę wszystko, co mogłam, co byłam w stanie – fizycznie i psychicznie.

Pisanie powieści jest dla mnie rutyną, mam do tego procesu chłodny stosunek. Najbardziej lubię etap planowania, bo to dla mnie najwięcej twórczy etap pracy pisarza, a najbardziej nie lubię researchu, bo wymusza na mnie niewygodne postępowanie – odwiedzanie obcych mi osobiście miejsc i rozmawianie z ludźmi, z jakimi w „normalnym”, to jest niepisarskim życiu najprawdopodobniej nigdy bym się nie spotkała… Najciężej wspominam research do Głowy do pokochania wydanej w 2015 r., do napisania której przygotowywałam się przez kilka lat, w tym czasie przeprowadziłam masę rozmów z pacjentami szpitala psychiatrycznego, z psychiatrami, z psychologiem klinicznym…

J.M.: Prowadzisz szeroką i bardzo intensywną działalność w mediach społecznościowych, która spotyka się z bardzo pozytywnym odzewem. Prowadzisz bloga, fanpage, podcast, kilka stron na FB. Jak znajdujesz na to wszystko czas jako żona, pani domu, obciążona różnymi obowiązkami? Jak na Twoje pasje reagują Twoi bliscy?

J.K.: Rzeczywiście prowadzę kilka dość angażujących aktywności w sieci i jak każdy człowiek próbuję – z różnym skutkiem: raz lepszym, raz gorszym – godzić swoje pasje i obowiązki zawodowe z prozaiczną codziennością. W mojej ocenie wszystkie elementy życia stanowią system naczyń połączonych – kiedy dbam o to, aby jedno naczynie było pełne, robię to kosztem drugiego naczynia; sądzę, że nie da się inaczej. Ideałem jest uzyskanie zdrowego balansu pomiędzy pełnią a pustką wszystkich naczyń, ale ideałów nie ma – życie składa się z prób, błędów i wnioskówZe wsparciem bliskich na szczęście nie mam kłopotów – najpierw byłam dzieckiem artysty, mówię „byłam”, bo tata nie żyje od kilku lat, a teraz jestem żoną artysty, co znacznie upraszcza sprawę. Nie mam dzieci, dlatego nie jestem rozdarta pomiędzy swoim własnym „ja” a troską o małego człowieka, która byłaby moim czołowym priorytetem, gdybym była matką. Mam natomiast niepełnosprawnego brata, co przewrotnie jeszcze bardziej napędza mnie do pisania czy nagrywania podcastu dla pisarzy. Bywa trudno, bardzo trudno… Myślę, że robię tyle rzeczy w kontekście literatury i publicystyki, żeby uciekać od problematyczności, od brudu życia. W swoich światach literackich to ja rządzę – jestem tam prawdziwie wolna, swobodna. W realnym życiu nie ja decyduję o jakości tego życia – bardzo często za mnie decydują geny, konwenanse, stereotypy i inne uporczywe ograniczniki. Nie rozpaczam nad tym, raczej wyciskam swoje życie jak cytrynę, daję z siebie i sobie, i światu, ile mogę. Wzorcową panią domu nie jestem – nie osiągam świetnych sukcesów w kuchni ani też w utrzymywaniu domu w czystości. Literatura czy publicystyka zyskuje u mnie zdecydowane pierwszeństwo przed zmywaniem naczyń – ma to swoje plusy i minusy… No ale jako że nie mam dzieci, nie muszę siebie za nic potępiać – mąż jest już dużym chłopcem i sam potrafi o siebie zadbać. A dopóki żyje mama, brat właśnie od niej otrzymuje stosowną opiekę. Ułożyłam swoje życie pod literaturę, i póki co – tego modelu się trzymam.

J.M.: Jesteś również doświadczonym redaktorem. W Twoje ręce trafiają niewątpliwie bardzo dobre, jak i słabe manuskrypty. Co poradziłabyś młodym, początkującym twórcom, którzy decydują się na publikację swoich utworów? Są przecież wśród nich tacy, którzy wątpią w swoje umiejętności, ale i tacy, którzy są absolutnie przekonani o swoim talencie. Jak powinni planować swoją karierę, swoją ścieżkę rozwoju?

J.K.: Nie mogę nikomu niczego doradzić – nie chcę udzielać rad, nie wydaję sobie moralnych pozwoleń na doradzanie, bo uważam, że radzić powinni ludzie obdarzeni fantastyczną charyzmą i przede wszystkim imponującym dorobkiem twórczym, a ja do tak zacnego grona zdecydowanie się nie zaliczam – ale powiem coś innego: jeśli młody pisarz ma wątpliwości względem swojego pisania, to świetnie, doskonale! Powinien je mieć, i również ten dojrzały pisarz powinien je mieć. Wątpliwości względem swoich dzieł są tym, co nas, pisarzy i artystów w ogóle, buduje i rozwija – za naszym rozwojem wcale, ale to wcale nie stoi pewność siebie, taka dziś modna, tak entuzjastycznie polecana i reklamowana. Pewność siebie jest ohydnie przereklamowana… i jest zgubna – naraża pisarza na śmieszność, bo wpędza go w ryzyko grafomanii, i to jest dokładnie to, co spotkało Paula Coelho: nadmierna pewność siebie, która ostatecznie pchnęła go w infantylizm języka literackiego. Najwięksi, najważniejsi w historii pisarze byli pełni wątpliwości – Hesse, Dostojewski, Bułhakow, Czechow, Tomasz Mann, Virginia Woolf i wielu innych wielkich, wspaniałych pisarzy. Wątpienie jest jedną z najważniejszych podstaw bycia pisarzem, bo jesteś, urealniasz się wtedy, kiedy wątpisz, a kiedy nie żywisz wątpliwości, stajesz się przezroczysty i niczego mięsistego, namacalnego do świata nie wnosisz. Wątpliwości wzmacniają czujność intelektualną pisarza, prowokują pisarza do mądrego krytycyzmu i sceptycyzmu, a te postawy intelektualne są niezbędne do tego, żeby robić literaturę, i żeby robić literaturę konsekwentnie latami.

Natomiast jako redaktor mogę polecić wszystkim pisarzom pilniejsze przyglądanie się językowi jako jedynemu, a więc najważniejszemu narzędziu ich pracy. Zupełnie nieuświadomiona niechlujność językowa jest tym, co – moim zdaniem – najczęściej przekreśla szansę na debiut wydawniczy. Na przeciwnej szali niechlujności językowej stoi nadgorliwość – a nadgorliwość jest tak samo szkodliwa jak niechlujność. Przesadne formatowanie tekstu, dodawanie do niego nadmiernych ozdobników graficznych, które są de facto „obrzydnikami”, a nie upiększeniami, akcentowanie w treści jakichś kompletnie błahych, nieistotnych dla wydźwięku fabuły szczególików kosztem warstwy logicznej utworu – to wszystko wlicza się do pracy własnej pisarza, do jego osobistej codziennej orki, a niestety jako redaktor czasami stykam się z tekstami zupełnie zaniedbanymi albo przesadnie zadbanymi pod tym względem. Formalnie kluczem do sukcesu jest nadanie swojemu manuskryptowi właściwości tak zwanego znormalizowanego maszynopisu – bez żadnych udziwnień i fantazji estetycznych pisarza, bo one tylko szkodzą rozpatrzeniu tekstu i potencjalnemu przygotowaniu go do druku, a merytorycznie chodzi o to, żeby pisarz bardzo świadomie uwypuklił w swojej powieści to, co stanowi w jego zamyśle jądro tej powieści, a odpuścił znaczenia nieważne, rozpływające się gdzieś w tle, niejako na marginesach literackiego uniwersum.

J.M.: Czego my, czytelnicy, możemy się spodziewać w najbliższej przyszłości od pisarki Justyny Karolak? Jakie masz plany?

J.K.: Och, marzeń i planów mam jak zwykle od groma i jeszcze ciut-ciut, ale życie nauczyło mnie, że nie warto zdradzać dnia przed zachodem słońca. Czyli – mówiąc prosto z mostu – nie chcę uprzedzać konkretnych zdarzeń, wolę odpowiedzieć na to pytanie ogólnie. Na pewno w ciągu najbliższego roku lub dwóch lat wydam antyporadnik dla pisarzy, pierwszy zbiór opowiadań, kolejną powieść, a także baśń dla dzieci, ale w jakiej kolejności tego dokonam – dziś jeszcze nie wiem. Zaliczam się do tych pisarzy, którzy pracują nad kilkoma projektami równolegle, dlatego nigdy nie mam całkowitej jasności, który projekt i w jakim czasie zdołam przekuć w realną książkę. Natomiast z ręką na głowie i na sercu mogę głośno powiedzieć, że dzieje się u mnie doprawdy niemało, jednak to naturalny prąd życia ostatecznie zadecyduje o tym, co, jak, gdzie i kiedy.

J.M.: I ostatnie pytanie. Powiedz, proszę, naszym czytelnikom – miłośnikom Twojego talentu, ale i tym, którzy Twojej twórczości jeszcze nie poznali dlaczego warto przeczytać Kobiety i szatanów? Podaj też linki, gdzie można Cię znaleźć w sieci.

J.K.: Każdy, kto w literaturze szuka niepokojąco odurzającego klimatu, refleksyjności, drugiego dna i drażniącego, jednocześnie kuszącego i niewygodnego uroku, w Kobietach i szatanach odnajdzie kawalątek swojej duszy. Myślę, że każdy czytelnik poszukuje w literaturze przygody, oryginalnego doznania, przeżycia czegoś, jakiejś niebywałej historii, która go wessie, która da mu poczucie, przeświadczenie, że nie ma rzeczy, spraw niemożliwych, a jedyne, co nas ogranicza, to nasza własna wyobraźnia. Wierzę, że w Kobietach i szatanach odważnie puściłam wodze swojej wyobraźni i wierzę, że zrobiłam to bardzo uczciwie, czyli pracowicie i prawdomównie. I wierzę, że ta moja malarska, rozpasana wyobraźnia, która zamanifestowała się w tej mojej powieści, zarazi czytelników, przeniesie ich w ciekawy, niespotykany ani na co dzień, ani nawet w innych powieściach świat…

Linki, mówisz…? No więc przede wszystkim zapraszam do mojego miasta blogowego, do Karolakowa. To blog dla pisarzy i redaktorów, i dla wszystkich ludzi kochających czytać i pisać twórczo – można w nim znaleźć obszerną publicystykę, refleksje i opowiadania. Myślę, że to bardzo porządny blog okołoliteracki – taki, który daje pisarzom realne, mocne wsparcie merytoryczne, cudownie wolne od tonów kołczerskich i innych tego rodzaju bełkotów, więc z całego serca zachęcam do jego systematycznego zwiedzania. Akurat w marcu i kwietniu niczego świeżego nie opublikowałam, bo pochłonęły mnie przygotowania do premiery wydawniczej Kobiet i szatanów, ale niebawem znów ruszę publicystycznie z kopyta – wkrótce obejmę patronat medialny nad powieścią pewnej zdolnej pisarki, z czego ogromnie się cieszę, polecę też kilka wartościowych książek i powieści innych młodych autorów i pisarzy.

Od prawie półtora roku realizuję podcast dla pisarzy i wszystkich zainteresowanych procesami budowania literatury – każdy, kto czuje potrzebę, żeby zajrzeć na drugą stronę książki, czyli dowiedzieć się, jak powstaje literatura, jakie dylematy filozoficzne i problemy warsztatowe, rzemieślnicze za tym stoją, w moich słuchowiskach odnajdzie informacje, przemyślenia i inspiracje na ten temat. Podcast nosi tytuł Głowa pisarza i jest dostępny na moim kanale w serwisie YouTube.

Zapraszam też do dwóch grup na Facebooku – grupa Redaktorzy, edytorzy, pisarze i inni liczy ponad 1500 członków, w tym gronie są obecni redaktorzy, korektorzy i różni cudowni specjaliści do spraw literek. Można w niej uzyskać konkretne językowe, polonistyczne wsparcie, a ja organizuję tam oryginalne zabawy kreatywne dla pisarzy. Drugą grupę – Niebieskie pingwiny założyłam niedawno, prowadzę ją wspólnie z inną pisarką, Martyną Goszczycką, mądrą dziewczyną pięknie uwrażliwioną literacko. Razem powoli budujemy nasze środowisko typowo pisarskie, zogniskowane na czytelnictwie, dobrej literaturze i interesujących tematach warsztatowych do rozgryzania.

A najszybszym i najbardziej klarownym sposobem na kontakt wirtualny ze mną jako i pisarzem, i redaktorem – jest mój facebookowy fanpejdż.

J.M.: W imieniu swoim i czytelników, dziękuję Ci za bardzo obszerne, wnikliwe wypowiedzi.

W odpowiedzi na jedno z pytań stwierdziłaś, że „wyciskasz życie jak cytrynę”. Nie wiem, czy świadomie, ale wybrałaś sformułowanie, które stanowi motto i mojej działalności twórczej. Cieszę się, że łączy nas podobne postrzeganie swojej postawy w relacji pisarz-świat i podobne uwielbienie słowa pisanego. Twoja droga dopiero przede mną.

Raz jeszcze dziękuję za ten wywiad i jeszcze tylko raz namawiam wszystkich miłośników wartościowej literatury do strawy duchowej i intelektualnej pod nazwą Kobiety i szatani.

J.K.: Rzeczywiście powołałam się na motto Twojego bloga – kompletnie nie zwróciłam na to uwagi w trakcie naszej rozmowy, widocznie mnie skutecznie „zmuzyczyszynowałeś”. Dziękuję Ci, Januszu, za wspaniały wywiad. Było mi szalenie miło móc zmierzyć się z Twoimi wymagającymi pytaniami – jestem wdzięczna za Twój czas, uwagę, sympatię.

© 2019, Janusz Muzyczyszyn. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Może Ci się również spodoba

Miło mi będzie poznać Twoją opinię

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

error: Zawartość tej strony jest chroniona prawem autorskim
%d bloggers like this: