Stres – czyli po co mi to było?

Pisywałem sobie wiersze. Wydałem jeden tomik, potem drugi. Nagle (nie wiem czy na moje szczęście, czy nieszczęście) rok temu wpadłem na szaleńczy pomysł: „A może by tak spróbować napisać coś większego?” No i się zaczęło.

Dla mnie, początkującego twórcy pisanie ciągle jeszcze wiąże się z emocjami. Nie potrafię pisać ot tak, na zawołanie. Ponoć niektórzy tak robią piszą od dziesiątej do piętnastej, albo jeden rozdział dziennie, albo w ogóle zadaniowo. Zadaniowo to ja mogę stworzyć opis nowego modelu miksera, albo samochodu, ale pisać zadaniowo literaturę piękną? Nie, moja płaska wyobraźnia aż tak daleko nie sięga.

No więc po co mi było to nowe wyzwanie?

Stwierdziłem, że wiersz z natury rzeczy jest formą krótką, skondensowaną. Można w nim opisać nastrój chwili, wydarzenie, czy uczucie, ale gdy w mojej głowie zakwitł pomysł napisania długiej historii pana Jana, stwierdziłem, że jedyna forma, w jakiej mogę to przedstawić, to powieść.

Fajnie, ale jak to się robi? Jako ten ambitny i młody (he, he!) twórca nie szukałem początkowo żadnych poradników. Na tak zwanego „czuja” wymyśliłem fabułę i główne postacie powieści. Wtedy zrozumiałem, że dalej tak się nie da, więc oparłem się o wiedzę bardziej doświadczonych i stworzyłem ogólny plan utworu. Co zabawne od początku wiedziałem jak powieść ma się zacząć i jak ma się skończyć i… faktycznie najpierw napisałem pierwszy i ostatni rozdział. Od razu też wiedziałem jaką konstrukcję dramaturgiczną ma ta moja powieść mieć, no i że koniecznie narratorem powinien być mój główny bohater. Pomyślałem sobie, że opowiadanie historii, która powstała w mojej głowie, z pozycji jej głównego bohatera może okazać się interesujące. Ten pomysł wymusił oczywiście kolejną decyzję narracja ma być prowadzona w pierwszej osobie i w czasie teraźniejszym, z wyjątkiem oczywiście momentów, w których Jan Marczak (mój główny bohater) wraca pamięcią do minionych wydarzeń.

Pozostało teraz tylko siąść i pisać.

No więc usiadłem i ku mojemu bezbrzeżnemu zdziwieniu literki zaczęły układać się w słowa te w zdania, a zdania w akapity i rozdziały. Całość zakończyłem dosyć szybko.

Nie udało mi się niestety dotrzymać początkowego planu powieści z paru powodów:

  • był zbyt ogólny i w trakcie pisania niektóre postacie tłukły mnie po nocach po głowie, żeby ich wątki poszerzyć. Tak skutecznie tłukły, że w kilku przypadkach uległem;
  • sam w pewnym momencie stwierdziłem, że historię głównego bohatera powinienem nieco ubogacić didaskaliami.
Napisałem… i co dalej?

Co z tym teraz zrobić? Miałem w pamięci radę przyjaciela, który zmotywował mnie do wydania pierwszego tomiku wierszy, mówiąc: „A weźże to wydaj, co będziesz pisał do szuflady”. Dobra, pomyślałem, tyle że kilkanaście, czy kilkadziesiąt wierszy to nie to samo co bez mała dwustustronicowa cegła. Kto to będzie chciał czytać? A przede wszystkim kto to będzie chciał wydać? W totka jeszcze nie wygrałem, więc wariant self publishingu w grę nie wchodził. Przez kilka kolejnych miesięcy starałem się dogłaskać tekst, dodając (lub ujmując) tu i tam jakieś drobiazgi. W międzyczasie notowałem też „na boku” nowe pomysły na kolejne utwory.

Wreszcie przyszedł moment prawdy.

Odważyłem się pokazać tekst powieści kilku nieznanym mi osobiście beta-czytelnikom. Ich zwroty nie były negatywne, parę osób nawet ostrożnie pochwaliło moje „dzieło”. To zmotywowało mnie do twardej konfrontacji z brutalną rzeczywistością. I tu kolejne zaskoczenie. Szacowne Wydawnictwo WasPos zdecydowało się wydać moją powieść, którą ostatecznie zatytułowałem Mój drugi brzeg.

Teraz zaczął się prawdziwy stres. Przecież jak ten tekst dostanie się w ręce zawodowego redaktora, to ten zabije mnie śmiechem. Wszak inżynier o ścisłym umyśle i na dodatek debiutant nie mógł napisać nie tylko arcydzieła, ale choćby dobrego czytadła. Z drżeniem serca przekazałem ostateczną wersję tekstu do redakcji. Dziś wiem, że miałem ogromne szczęście, że manuskrypt trafił „na biurko” Justyny Karolak. Jej ogromnej cierpliwości i doświadczeniu (wszak jest pisarką i blogerką z dużym, wartościowym dorobkiem) zawdzięczam ostateczną formę mojej powieści. Nasza współpraca na linii autor-redaktor była wręcz modelowa.

Justyna w swojej łaskawości raczyła również napisać przedpremierową recenzję mojej powieści, można ją znaleźć tutaj.

Mój drugi brzeg

Dzisiaj (15.06.2019) odliczam na palcach dni do premiery i zastanawiam się, czy młode pokolenie czytelniczek i czytelników znajdzie w Moim drugim brzegu coś swojego, jakiś kawałek własnych przemyśleń, odpowiedzi na pytania, a może i swojej historii? Czy opowieść o starym człowieku może okazać się interesująca? Wszak osadzona jest we współczesnych realiach, postaci co prawda fikcyjne, ale akcja toczy się w większości w realnych miejscach, więc…?

Będę wdzięczny, jeśli po jej przeczytaniu zachcecie, Drodzy Czytelnicy, podzielić ze mną swoimi wrażeniami.

A tymczasem… stres w oczekiwaniu na premierę. Wydawnictwo WasPos zapowiada, że oficjalna premiera nastąpi 23 lipca a przedsprzedaż ruszy już niebawem, o czym z radością poinformuję.

A na nabywców w trybie przedsprzedaży czeka niespodzianka.

 

„Stresujące” zdjęcie zdobiące tekst pochodzi z darmowego portalu Pixabay

© 2019, Janusz Muzyczyszyn. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Może Ci się również spodoba

Miło mi będzie poznać Twoją opinię

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

Powiększ
Kontrast
error: Zawartość tej strony jest chroniona prawem autorskim
%d bloggers like this: