Papierowy okręt

Papierowy okręt – opowiadanie

***

Ile razy popatrzę na moje dziecko, to serce ściska mi żelazna obręcz. Nie mogę, no… kurna, nie mogę patrzeć jak ten Kubuś cierpi. Dzień w dzień urywa mi się z domu nad rzekę i puszcza kolejny i kolejny papierowy okręcik. Już nie mam siły… nie mam siły ani go od tego odwodzić, ani słyszeć tych samych słów: Mamusiu, bo ja chcę, żeby ten mój okręt dopłynął do taty. Bo jak tata go dostanie i przeczyta co mu napisałem, to na pewno do nas przyjedzie.

Nawet teraz jak ci to mówię, to chce mi się wyć.

Nie rozumiem Marta o czym mówisz, powiedz proszę jaśniej – odparłem. Ta kobieta, którą polubiłem od pierwszego spojrzenia, fascynowała mnie. Całe swoje życie poświęciła dziecku. Wiedziałem od naszych wspólnych znajomych, że sama wychowywała chłopca i z trudem dawała sobie radę. Nigdy jednak nie słyszałem, aby się skarżyła, zawsze sprawiała wrażenie twardej jak skała kobiety. Jak pozory potrafią mylić.

Nie rozumiesz? – krzyknęła i pociągnęła mnie za rękę do okna. – To patrz, patrz, o tym właśnie mówię.

Zobaczyłem schludnie ubranego chłopca, w takiej śmiesznej czapce z daszkiem. Schylał się nad brzegiem rzeczki płynącej za płotem i … puszczał z prądem papierową łódkę.

Marta, jak to się stało? Gdzie jest jego ojciec? Nigdy o tym nie wspominałaś, a znamy się już tak długo.

Na jej twarzy zauważyłem nagłe napięcie. Zamknęła na chwilę oczy, westchnęła i wzięła głęboki wdech, jak nurek przed zanurzeniem się w głębinę.

Konrad, nigdy nikomu o tym nie mówiłam. Nawet moja matka nie wiedziała do samej śmierci. Ale już, cholera jasna, nie mogę!!! – zaczęła płakać. – Nie jestem w stanie tego dłużej unieść. Powiem ci, tylko mi nie przerywaj!

Kiwnąłem głową.

Miałam 18 lat, jak idiotka zakochałam się w Jacku. To był taki przystojny chłopak, grał na gitarze w domu kultury. Zwrócił na mnie uwagę na jakiejś imprezie. Byłam w siódmym niebie, wszystkie koleżanki mi zazdrościły. A potem, wiesz… – znowu się rozpłakała. Odruchowo przytuliłem ją do siebie i głaskałem po głowie.

Jak zaszłam w ciążę, to palant zniknął z horyzontu. Nie mam pojęcia, gdzie jest i czy w ogóle żyje. A kiedyś mały zaczął się dopytywać o ojca, no bo wszystkie dzieci mają, a on nie. No to mu powiedziałam, że jego ojciec jest marynarzem i wypłynął statkiem na morze i pewnie nie może wrócić. No co mu miałam powiedzieć, co!!!??

Trzęsła się od płaczu. Ogarnąłem ją ramionami.

Ćśśśs, malutka, będzie dobrze, obiecuję. Jeśli się zgodzisz, usynowię go i będę dla niego jak ojciec, tylko…

Tylko co? – żachnęła się i odsunęła ze strachem w oczach.

Tylko… tylko, jeśli zgodzisz się zostać moją żoną!

***

Paweł przerwał mi zwierzenia okrzykiem: – Coś ty chłopie zwariował? Po pierwszej wizycie u baby zaraz się oświadczyłeś? Już tak ci ta sperma wali na mózg?!

Zamknij się i słuchaj – warknąłem. Zapytałeś, to odpowiadam, a nie chcesz wiedzieć więcej, to nie! Myślałem, że na kogo jak na kogo, ale na Ciebie mogę liczyć. Inaczej bym cię nie szukał w tej zasranej Anglii. – Byłem autentycznie zły. Paweł był moim najlepszym przyjacielem przez całe lata. Pięć lat temu wyjechał do pracy w Wielkiej Brytanii i tam już został, co mnie jakoś specjalnie nie dziwiło. On wpadł w swój kierat, ja w swój i nasze kontakty się rozluźniły.

Kiedy jednak zaczęliśmy z Martą planować ślub zacząłem się zastanawiać, kogo zaprosić na świadka. Wyszło mi, że ma to być Paweł. Byłem przecież na jego ślubie z tą jego Theresą, jestem ojcem chrzestnym jego dwuletniego Krisa, no i jak teraz dowiedziałem się, że przyjechał na Wielkanoc do rodziców, to go wyciągnąłem na piwo, żeby pogadać. Był właściwie jedynym moim znajomym, z którym odważyłem się mówić o historii mojej znajomości z przyszłą żoną. A ten mi teraz wali taki numer.

Paweł zorientował się po mojej minie, że przeholował.

Konrad, sorry, wiem, to był głupi dowcip, przepraszam! Mów dalej, tylko daj mi chwilę.

Poderwał się od stolika i po chwili wrócił z dwoma kuflami Tyskiego.

To na zgodę, OK? Mów dalej.

Widzisz, początkowo nic nie zapowiadało, że tak się sprawy potoczą. Martę poznałem jakiś rok temu, zupełnie przez przypadek. Długo trwało, zanim miałem szansę zamienić z nią po raz pierwszy w cztery oczy kilka zdań. Ale po kolei.

Jestem, jak wiesz, właścicielem małej firmy, robimy wszelkiego rodzaju instalacje elektryczne i teletechniczne. Wiosną ubiegłego roku wygrałem kontrakt na kompleksową instalację sieci komputerowej w pobliskim urzędzie gminy. Procedury trochę trwały, bo to odwołania konkurentów, przepychanki z tym związane, w końcu jednak umowa została podpisana i zaczęliśmy robotę. Tego typu prace zaczynam zawsze od dokładnej inwentaryzacji frontu robót. Dokumentacja ofertowa to jedno, a rzeczywistość drugie. Pokój po pokoju opisywaliśmy ilość i lokalizacje stanowisk komputerowych, drukarek, itp. W jednym z pokojów, to było w dziale ewidencji ludności, zwróciła moją uwagę jedna z pracownic. Na pierwszy rzut oka żadne cudo, ot dobrze utrzymana trzydziestoparolatka. W pamięć wbiły mi się wtedy jej szare oczy i kręcone kasztanowe włosy. I taki smutny uśmiech. Robota zajęła nam parę tygodni i w tym czasie ta kobieta kilka razy jeszcze przewinęła mi się przed oczami. Zauważyłem kiedyś, gdy natknąłem się na nią w pokoju śniadaniowym, gdzie robiła sobie kawę, że nie ma obrączki. Wtedy też miałem okazję uważniej się jej przyjrzeć. Regularna drobna twarz, ładna cera, niższa ode mnie o pół głowy. Zauważyła mój wzrok i speszona szybko wyszła.

Pociągnęliśmy parę łyków zimnego piwa. Zauważyłem, że Paweł zaczął słuchać mojej opowieści z zainteresowaniem. Mówiłem więc dalej.

Zapomniałem dość szybko o tym kontrakcie i tej kobiecie. Jakieś dwa miesiące później zadzwonił do mnie szef informatyków z tego urzędu z pytaniem, czy nie przyjrzałbym się komputerowi jednej z ich pracownic, bo on nie ma pojęcia, co się stało, a kobiecie bardzo zależy. Umówiliśmy się, że mi go podrzuci przy okazji. Dwa dni później przyjechał do mnie do firmy i przywiózł mocno przechodzonego PC-ta. Byłem zdziwiony, że ktoś jeszcze używa takiego złomu. Na to ten Karol mówi mi:

Wie pan, to jest komputer tej Marty Wolskiej od nas z urzędu. Na pewno ją pan widział, jak robiliście u nas instalacje. Taka z brązowymi kręconymi włosami. W dziale ewidencji pracuje.

Przypomniałem ją sobie. – Panie Karolu, czy to ta co ma zawsze taki smutny uśmiech?

Też pan to zauważył, panie Konradzie – odparł mój gość. – Tak to ona. Powiedziała, że najbardziej zależy jej na zachowaniu plików ze zdjęciami, bo to pamiątki rodzinne, no i całej poczty elektronicznej. A najlepiej, to jakby się dało uratować wszystko. Tylko wie pan, kobieta nie śmierdzi groszem, więc raczej pan na tym nie zarobi.

Pomyślałem, że na tym kontrakcie u nich zrobiłem wystarczająco dobrą górkę, więc nie muszę zarabiać na takich drobiazgach. Zresztą mamy w firmie tyle przechodzonego sprzętu, ze pewnie coś się da dobrać. Umówiłem się z tym Karolem, że dam mu znać, jak coś będę wiedział. Był już w drzwiach, kiedy go zatrzymałem pytaniem:

Panie Karolu, właściwie nic mi do tego, zwykła ciekawość. Czy wie pan dlaczego ta kobieta zawsze się tak smutno uśmiecha?

Karol pokręcił głową. – Nie wiem, panie Konradzie. Zawsze taka była. Pracuje u nas kilka lat i nigdy jej innej nie widziałem. Nie wiem, może coś się jej w życiu popieprzyło? Pewnie tak, bo podobno samotnie wychowuje dziecko.

No to odważna babka – wtrąciłem. – Singielka z dzieckiem na takim zadupiu jak nasze małe miasteczko? No to się nie dziwię – dodałem. – A wie pan o niej coś więcej?

Karol wzruszył ramionami. – Nic, panie Konradzie. I chyba nikt o niej nic nie wie. Jest bardzo skryta, nawet koleżankom z pracy nie mówi o sobie, bo kiedyś się wygadały, że taka tajemnicza. Tyle, że nikt się jej nie czepia, bo z tego co wiem, jest bardzo dobrą pracownicą.

Pożegnaliśmy się, a ja następnego dnia wziąłem się za ten jej komputer. Szybko okazało się, że przyczyną awarii było uszkodzenie karty graficznej. Dane na dysku na szczęście zachowały się w całości. Gdy się jednak przyjrzałem temu eksponatowi muzealnemu bliżej, doszedłem do wniosku, że reanimacja nie ma sensu. Kazałem moim chłopakom pogrzebać w naszym magazynie, gdzie składamy sprzęt wycofany z eksploatacji i wyszukać coś nadającego się jeszcze do użytku. W sumie z trzech, czy czterech PC-tów złożyli mi jeden sprawny z legalnym Windowsem na dodatek. Testowali go dwie doby, twardy dysk nie wykazywał błędów, no to przekopiowałem całą zawartość jej starego dysku na nowy i jeszcze raz, tym razem sam, sprawdziłem, czy wszystko działa. Zadzwoniłem do tego Karola i umówiliśmy się, że przy okazji podrzucę tego kompa do niego do urzędu. Okazało się jednak, że jego przez parę dni nie będzie w pracy, więc powiedział mi, gdzie ta kobieta siedzi i żebym oddał jej tego kompa osobiście, że on ją uprzedzi o mojej wizycie.

Zauważyłem, że Paweł z uwagą zaczął mi się przyglądać.

Co jest – zmieszałem się. – Coś się stało, że tak na mnie patrzysz?

Pociągnął duży łyk piwa i potrząsnął głową.

Nic się nie stało, ale nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek opowiadał coś z takim zaangażowaniem. Jedź dalej, bo pobudziłeś cholernie moją ciekawość.

Przepłukałem gardło zimnym, pienistym trunkiem i mówiłem dalej.

No i następnego dnia pojechałem do urzędu gminy. Martę Wolską znalazłem bez problemu. Daję jej ten komputer, a ta robi wielkie oczy i mówi, że to nie jej.

Oczywiście, że pani – odpowiedziałem. – Tyle, że po drobnym liftingu.

Ale ile to ma kosztować? Ja nie mam pieniędzy na nowy komputer.

No to wytłumaczyłem jej, że to nie nowy, że w zasadzie to poskładany ze złomu i że ma wszystkie dane, które były w tym starym. Dodałem też, że jakby miała z nim jakieś problemy, to niech do mnie zadzwoni i dałem jej wizytówkę. Podziękowała, chciała mi nawet wcisnąć jakąś stówkę, ale zdecydowanie odmówiłem.

Pani Marto, – powiedziałem – dam się kiedyś zaprosić na kawę i będziemy kwita. Tylko niech pani tego nie rozpowiada klientom mojej firmy, bo mnie puszczą z torbami.

Zrozumiała żart i tak się skończyło nasze pierwsze spotkanie i pierwsza rozmowa.

Paweł roześmiał się i zapytał: – Konrad, ty wszystkie swoje dotychczasowe baby podrywałeś w takim żółwim tempie?

Wkurzyłem się. – Paweł, tak konkretnie, będziesz świadkiem na naszym ślubie, czy nie? Marta to nie żadna dotychczasowa baba. Wyobraź sobie, że jest pierwszą kobietą, po tym moim koszmarnym związku z Jolką, której odważyłem się zaproponować trwały związek.

Sorry, bracie – odparł – nie wiedziałem, że miałeś takie przeboje.

Ano miałem, kurna, miałem. Dwa lata temu pojechała sama na wycieczkę na Kanary. Truła mi o to dupę przez pół roku, a tuż przed wyjazdem zwaliła mi się na łeb pilna robota. Rozchorowało mi się dwóch najlepszych pracowników i musiałem zakasać rękawy i zapieprzać jak dziki osioł. Nie mogłem dopuścić do zawalenia kontraktu, bo to był dobry zarobek, a za opóźnienia groziły mi wysokie kary. No to Jolka strzeliła focha i poleciała sama. I nic by nie było, gdybym przypadkowo nie znalazł jakiś czas potem na Facebooku wpisu jakiegoś mięśniaka, który chwalił się swoim urlopem na Wyspach Kanaryjskich. Patrzę ci ja na zdjęcia, jakie ten palant wkleił i widzę fotki, jak się obściskuje z moją Jolką, a ta ma gębę uchachaną od ucha do ucha. No to szybko skojarzyłem jej urlopowe wpisy na fejsie, jak pisała, że jest na najlepszym urlopie w życiu, że jest pełna wrażeń, zrelaksowana i zadowolona. Poprosiłem, żeby się spakowała i wyprowadziła w ciągu paru dni. Próbowała się dochodzić ze mną, ale jak pokazałem jej wydruki zdjęć tego faceta, to wymiękła. Nie ustąpiłem, no i zostałem sam. Mieszkanie było moje, mieliśmy rozdzielność majątkową, więc nie było problemu z podziałem majątku.

Zauważyłem, że kumpel patrzy na mnie z otwartą gębą. Zaśmiałem się. – Paweł, helloooo, wracaj na ziemię. A najlepiej zamów jeszcze po piwie, jak chcesz usłyszeć ciąg dalszy.

Kręcił głową z niedowierzaniem. Gdy wrócił z nowymi kuflami, zapytał:

Stary, i ty to tak lekko przeżyłeś?

A gdzie tam lekko. Przez długi czas chodziłem jak ścięty. Nawet nie chcę wspominać na ilu babach się potem odkuwałem, traktując je jak sprzęt do wynajęcia. Nie… na szczęście to już przeszłość.

Konrad, to powiedz w końcu, jak się zeszliście z tą twoją Martą? Skoro mam być świadkiem, to coś w końcu powinienem wiedzieć o was, co nie?

Wiesz, Paweł, zdarzył się kolejny przypadek. Jakieś siedem miesięcy temu – tak, to było jesienią – zadzwonił mój telefon. Obcy numer, nieznany głos. Okazało się, że to była Marta. Najpierw mnie pięć razy przeprosiła, że dzwoni, aż w końcu wydusiła z siebie, że ma jakiś problem z komputerem i czy może go podrzucić do mojej formy, bo woli, żebyśmy nie spotkali się w tej sprawie w urzędzie, bo boi się plotek. No i następnego dnia przywiozła ten komputer. Akurat byłem w firmie. Posadziłem ją przy stoliku, poczęstowałem kawą i dałem kompa moim chłopakom, żeby zobaczyli co się dzieje. Wystarczyło go dobrze odkurzyć, przeczyścić styki, no taka typowa konserwacja. Gorzej, że komputer był zawirusowany. Kazałem im go odkazić i zainstalować bezpłatnie pakiet antywirusowy, akurat miałem jedną wolną licencję. Okazało się w trakcie rozmowy, że ona sporo siedzi w internecie, bo ma siostrę w Holandii i korespondują, i gadają ze sobą na wszystkie możliwe sposoby. Zanim wypiła kawę, problem był rozwiązany. Znowu mi chciała płacić i znowu odmówiłem Powiedziałem: Pani Marto, zapraszam panią na kawę i będziemy kwita. Widzisz, wtedy jeszcze nie myślałem o niej ani jak o partnerce na całe życie, ani nawet jak o kobiecie na jedną noc. Po prostu zainteresowała mnie jako człowiek, osobowość. No i ta jej tajemniczość. Rozmawialiśmy godzinę i nie dowiedziałem się od niej niczego na temat jej prywatnego życia, oprócz tego, że samotnie wychowuje syna. Ale to już akurat wiedziałem.

No i co? Poszliście w końcu na tę kawę? – Paweł starał się być upierdliwy. A może mi zazdrościł? Przecież jemu też się rozwalił wcześniejszy związek i dlatego wyjechał do Anglii.

Tak, ale nie chciała się spotykać w tej naszej mieścinie. Zabrałem ją do kawiarni w sąsiednim mieście. Tym razem pogadaliśmy dłużej. Dowiedziałem się, że mieszka sama z synem w małym domu, który odziedziczyła po rodzicach. I tak od słowa do słowa, krok po kroku, spotkanie za spotkaniem, nasza znajomość topornie szła do przodu. Marta zapierała się jak mogła, ja nie naciskałem na siłę, ale… Imponowała mi jej postawa życiowa. Nie była roszczeniowa, trzeźwo patrzyła na życie. Czasem tylko się jej wymsknęło, że jest jej ciężko samej żyć. Zaprzyjaźniliśmy się. Takim kluczowym momentem był dzień, kiedy szczerze opowiedziałem jej, jak rozpadło się moje małżeństwo. A o niej dalej nic nie wiedziałem. Kilkakrotnie próbowałem ją namówić na coś więcej niż drobne czułości. Widziałem przecież, że nie jest zimną rybą, że w niej też się zagotowało, gdy pierwszy raz się pocałowaliśmy na pożegnanie. Jednak wyraźnie się bała. A ja zauważyłem, że coraz bardziej zaczyna mi na niej zależeć. Z przyjemnością robiłem jej drobne prezenty z różnych okazji, przyjmowała je skrępowana, ale z radością. Potem już sama inicjowała kolejne spotkania czy wyjazdy do kina.

Na chwilę przerwałem opowieść i rozejrzałem się po sali. Obojętne twarze ludzi, nikt nie był zainteresowany naszą rozmową. Dopiłem piwo i mówiłem dalej:

Kluczowy był dzień, od którego zacząłem tę moją dzisiejszą relację. Zadzwoniła, że ma jakiś problem z dostępem do internetu i czy mogę jej coś poradzić przez telefon. Wytłumaczyłem, że to nie jest możliwe, bo mogą być dziesiątki przyczyn i trzeba to po prostu zobaczyć. Przez telefon czułem jej wahanie i bicie się z myślami. W końcu z oporami zapytała, czy mógłbym do niej przyjechać. Umówiliśmy się, że będę wczesnym popołudniem, zaraz po jej powrocie z pracy. No i w ten sposób, po raz pierwszy znalazłem się u niej w domu. Po półrocznej znajomości! Jej syn właśnie wrócił ze szkoły, pokręcił się i wyszedł bawić się przed domem, a ja wziąłem się za robotę. Sprawdziłem po kolei wszystko w instalacji, usunąłem przerwę na jednym przewodzie i wszystko zagrało. Poczęstowała mnie kawą i jakimiś ciastkami. Dopiero wtedy na spokojnie przyjrzałem się wystrojowi domu. Czysty, skromnie urządzony, ale ze smakiem. Dobrze się w nim czułem. Piliśmy tę kawę i widzieliśmy oboje, że zaczyna między nami narastać coraz silniejsze napięcie.

Westchnąłem. Kiwnąłem na przechodzącego kelnera.

Paweł, a może na odmianę kawa i po koniaczku? – zapytałem.

Po piwie koniak? – obruszył się. – A właściwie dlaczego by nie?

No to zamówiłem i gdy kelner odszedł, mówiłem dalej.

Między nami jak gdyby zaczęły się sypać iskry. Trzymałem jej dłoń i czułem, że jeszcze chwila i oboje się zapomnimy. Marta opanowała się jednak i odeszła do okna. Gwałtownie oddychała. W pewnym momencie popatrzyła uważnie przez okno i wybuchnęła płaczem. Wystraszyłem się, że coś się stało. Podszedłem do niej szybko.

Marta, co się stało? – zapytałem. – Powiedz!

Sam zobacz – odpowiedziała przez łzy.

Zobaczyłem jak jej Kubuś siedzi w kucki nad brzegiem rzeczki płynącej tuż za ogrodem i puszcza na wodę okręty z papieru.

Co, boisz się, żeby nie wpadł do wody? – zapytałem.

Popatrzyła na mnie niewidzącym wzrokiem i wyjąkała prze łzy:

Ile razy popatrzę na moje dziecko, to serce ściska mi żelazna obręcz. Nie mogę, no… kurna, nie mogę patrzeć jak ten Kubuś cierpi.

***

Resztę już słyszałeś, Paweł – zakończyłem swoją opowieść.

Zamilkłem. Paweł przez chwilę kiwał głową i nie odzywał się. Ciszę przerwał kelner. Postawił przed nami kawę i dwie lampki koniaku. Odprawiłem go ruchem ręki.

Pytałeś mnie, Paweł, czy to tak z marszu się oświadczyłem. Nie, kilka razy wcześniej nieśmiało wspominałem jej o wspólnym życiu, ale zawsze zmieniała temat. A ja miałem już dość pustego domu, pustego łóżka i samotnych wieczorów, kiedy nie masz dla kogo zrobić herbaty, albo kolacji. Tak, tamten dzień był kluczowy.

Konrad, nie chcesz mi chyba powiedzieć, że będziesz się żenił z kobietą, z którą nie byłeś w łóżku? No bez jaj, stary.

Paweł, powiem tylko tyle. Oczywiście, że byłem – to raz. A dwa – życzę ci chłopie, żebyś miał taką kobietę, przy której po prostu chcesz się spokojnie zestarzeć. Taką jak Marta. Dziękuję bogu za ten dzień, kiedy ją poznałem.

To co, będziesz za tydzień świadkiem na naszym ślubie?

Konrad… no jasne! Wątpiłeś w to?

To się cieszę. Wypijmy za ten mój szczęśliwy dzień.

Wieczorem, gdy Kuba poszedł już spać, opowiedziałem Marcie w łóżku o tej rozmowie. I o tym, że zaprosiłem Pawła na jutrzejszą kolację. W końcu powinien poznać moją przyszłą żonę, zanim spotkamy się w USC.

Inspirację do opowiadanie stanowiło zdjęcie autorstwa Karoliny Bielak, które zechciała mi udostępnić, za co pięknie dziękuję.

Papierowy okręt

Papierowy okręt

Może Ci się również spodoba

6 komentarzy

  1. Anna Stranc pisze:

    Przeczytałam z przyjemnością.

  2. Maryla pisze:

    Janusz! Piękne opowiadanie, samo życie i ta inspiracja – obraz – cudownie to wymyśliłeś. Masz grajfkę do pisania! Dzięki!

  3. rudaelka1 pisze:

    Piękne opowiadanie. Znam chłopca który pisał listy do ojca i puszczał z nich samolociki.

Miło mi będzie poznać Twoją opinię

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Nie możesz kopiować zawartości tej strony. Jeśli chcesz wykorzystać jakąś treść, skontaktuj się z właścicielem domeny.
%d bloggers like this: