Z pamiętnika poety

Z pamiętnika poety

Coraz więcej młodych i nie tylko młodych ludzi zaczyna się parać piórem i pisać to wiersze, to prozę. Większość z nich myśli o wydaniu swoich utworów drukiem, no i o tym, by czytelnicy wykupili cały nakład, a wydawnictwa w ciemno zamawiały kolejne tytuły.

Bardzo to chwalebne marzenia, też takie mam. By jednak się zrealizowały trzeba było od czegoś zacząć.

Początek

Cztery lata temu napisałem kilkadziesiąt wierszy, które za namową przyjaciela postanowiłem wydać. Moja ówczesna wiedza na temat rynku wydawniczego i całego procesu od napisania do druku, była zerowa. Nie wpadłem też na to, by szukać rady u bardziej doświadczonych. Rozesłałem zapytania do kilku wydawnictw, które informowały na swoich stronach, że wydają poezję. Po analizie wybrałem Warszawską Grupę Wydawniczą. Wynegocjowaliśmy (hmm!) treść umowy. Dużo później dowiedziałem się, że to na co się zdecydowałem, to najzwyklejsze vanity publishing i spora kwota, którą zapłaciłem za usługę. No, ale moja wiedza na ten temat była wtedy…

Miła współpraca skończyła się w chwili, gdy tomik trafił do dystrybucji. Przez cały okres obowiązywania umowy właściciel wydawnictwa, pan Jarosław Wernik, ani razu nie poinformował mnie o liczbie sprzedanych egzemplarzy, nie mówiąc już o rozliczeniu finansowym. Nie zrobił tego również po zakończeniu umowy. Mówiąc prostym językiem: nie wywiązał się z zapisów umowy. Pomimo moich wielokrotnych maili i telefonów albo odpowiadał kłamstwami, albo wcale. Nie raczył odpowiedzieć nawet na pisemne wezwanie przesłane przez mojego prawnika.

Dlaczego o tym piszę? Mój debiutancki tomik, to nie było dzieło na miarę Nobla, mam tego świadomość. Jednakże w biznesie obowiązuje zasada pacta sunt servanta. Tego mnie uczono i tego oczekuję od innych. I nie chodzi tu nawet o te pieniądze, bo nawet gdyby wydawnictwo sprzedało cały nakład, to nie byłaby to oszałamiająca kwota. Chodzi o zwykłą uczciwość biznesową.

I żeby sprawa była jasna: mam zachowaną całą korespondencję mailową na ten temat.

Zatem jeśli ktoś z początkujących autorów szuka nerwowo wydawcy, niech szerokim łukiem omija tę firmę, by nie spotkało go to samo.

Nieco bogatszy w doświadczenia, mój drugi tomik wydałem w tym samym trybie, lecz w odpowiedzialnym wydawnictwie. Tym razem współpraca przebiegła wzorowo i na zakończenie umowy wydawca się rzetelnie rozliczył.

Nowe doświadczenia

W tym roku kolejny zbiór wierszy postanowiłem wydać własnym sumptem w trybie self publishingu. Sam musiałem więc zadbać o numer ISBN, o redakcję, korektę i projekt okładki. Treść ozdobiona została znakomitymi grafikami, wykonanymi przez wspaniałą artystkę. Zrobiłem research, szukając odpowiedzialnej drukarni, po czym rozesłałem kilkanaście zapytań. Porównałem oferty i opinie rynku o tych, którzy przysłali wyceny. Wybrałem jedną drukarnię i to był strzał w dziesiątkę. Mój zbiór wierszy Pamiętam cię jutro został perfekcyjnie złożony i wydrukowany, a cały nakład trafił do mnie. Po ostatecznym rozliczeniu kosztów dowiedziałem się, ile zarabiają wydawnictwa zajmujące się vanity.

Teraz nadszedł czas na kolejne doświadczenia. Postanowiłem zainteresować tym zbiorem poezji profesjonalne hurtownie. Rozesłałem więc pięknie opracowanego pressbooka do wszystkich znanych mi firm. Efekt: albo brak odpowiedzi, albo odpowiedź negatywna. Trudno, bywa. Nikt nie musi chcieć dystrybuować akurat mojej poezji. Takie samo zapytanie rozesłałem do kilkudziesięciu niezależnych księgarń i kilkunastu bibliotek publicznych. Efekt: zero reakcji.

I wiecie co: ja naprawdę nie mam do tych adresatów pretensji o to, że nie chcą współpracować z prywatnym, indywidualnym wydawcą – ich święte prawo. Ale do diabła, zwykła przyzwoitość biznesowa wymaga napisania kilku słów odpowiedzi, np.: „dziękujemy, nie skorzystamy”.

Cóż, ja zostałem wychowany dawno, dawno temu, w czasach prehistorycznych, kiedy nie było komputerów, telefonów komórkowych ani Netflixa, za to panowały dobre obyczaje.

Wszystkim przyjaciołom po piórze życzę, aby nigdy nie napotkali na żadne problemy przy publikacji swoich utworów i by rozchodziły się one jak ciepłe, chrupiące bułeczki. A poniżej zdjęcia okładek wszystkich moich książek, które dotychczas ukazały się w sprzedaży.

© 2020, Janusz Muzyczyszyn. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Może Ci się również spodoba

3 komentarze

  1. Fantastyczny wpis, Januszu! Jakże znane mi są podobne przeżycia z początków mojej ścieżki związanej z pisaniem. Co do kultury, a raczej jej elementarnego braku, w przypadku adresatów naszej korespondencji, mam takie samo zdanie, jak Ty. Niestety, smutny znak czasów… Brak kultury i kindersztuby stał się normą.
    Ja miałam straszne problemy z wydawnictwem „Radwan”, również nie płacili autorom. Ewidentne oszustwo, a sprawa trafiła nawet do sądu.
    Sama darowałam już sobie przygodę z pisaniem i wydawaniem książek, ale życzę Tobie, żebyś trafiał już zawsze na idealnego wydawcę 🙂

    • Janusz pisze:

      Dziękuję, Kasiu. Myślę, że mimo wszystko warto realizować swoje zamierzenia literackie, tylko nie warto zbyt wiele sobie wyobrażać. Jeśli rynek czytelniczy ma nas znaleźć, to znajdzie. Twoje cudowne bajki-opowiadania o tym, co za tęczowym mostem, warte są wznowienia. Na Twoim miejscu wysłałbym je do wydawnictw specjalizujących się w literaturze dziecięcej. Pozdrawiam ciepło.

      • Januszu, dziękuję za to, że Twoją wiarę w moje literackie talenty 🙂 Problem tkwi w języku i stylu, w jakim napisane są te opowieści – dla dorosłych zbyt dziecinne, dla dzieci – zbyt trudny język. A ja w tej chwili nie mam natchnienia, żeby wprowadzać zmiany, choć wierze, że sama opowieść i pomysł są unikatowe, bo o życiu psów za TM nie czytałam jeszcze żadnej baśni. Pozdrawiam serdecznie!

Miło mi będzie poznać Twoją opinię

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

error: Zawartość tej strony jest chroniona prawem autorskim.
%d bloggers like this: