O życiu przyszłością

Jakiś czas temu napisałem na tym blogu tekst „O życiu przeszłością”,  w którym zastanawiałem się nad tym, w jakim stopniu i jak nasza przeszłość wpływa na nasze dziś i jutro, i co zrobić aby nie był to wpływ destrukcyjny.

Pewne osobiste wydarzenia niejako „zmusiły mnie” do zastanowienia się nad tym, w jaki sposób na nasze życie wpływa myślenie o przyszłości, „życie przyszłością”, bez twardego umocowania w teraźniejszości. Trochę się to wydaje skomplikowane – zatem prościej: czy nasza prywatna wizja swojej przyszłości nie przesłania nam przypadkiem widzenia tego, co jest „tu i teraz”?

Decydując się na nowy (kolejny?) ważny krok w swoim życiu na ogół snujemy jakieś mniej czy bardziej konkretne plany i wyobrażenia. Jak to będzie? Co to będzie? Jak mi się będzie pracowało w nowej firmie? Jak będzie wyglądał ten mój nowy związek? Czy on/ona będzie mnie kochał/a? Czy się dogadamy? Listę pytań tego typu można ciągnąć w nieskończoność. Stawia je każdy z nas, kto wchodzi w życiu „w nowe buty”. Pytania te są niezbędne, powinny być dla nas filtrem, momentem zatrzymania i zastanowienia – czy faktycznie „to jest to”, o co mi chodzi?

Niestety nie zawsze udaje nam się utrzymać trzeźwość spojrzenia. O ile w przypadku podejmowania nowej pracy, decyzji o zakupie nowych (drogich!) dóbr materialnych, czy innych podobnych działań, z którymi nie jesteśmy głęboko emocjonalnie związani, jest to stosunkowo łatwe – o tyle w sprawach uczuciowych wygląda to już gorzej.

Gdy więc rozważam nową inwestycję (kredyt) to robię szybką analizę zysków i strat: czy cel jest realny i sensowny, czy mam (będę miał) pokrycie na spłatę kredytu, itd.

Problem zaczyna się często, gdy w grę wchodzi sfera uczuciowa. Poznajesz JEGO (JĄ). Im dłużej trwa znajomość tym jaśniej prognozujesz przyszłość tej relacji (związku). Zaczynasz planować przyszłość – widzisz swój nowy związek w kolorowych barwach. Deklarujecie sobie nawzajem miłość, słowem – Wasza relacja rozkwita. W oczach i umyśle masz (macie?) wspaniałą, świetlaną przyszłość.

I w tym miejscu często wpadamy w pułapkę. Myśl o przyszłości, oparta na deklaracjach i płomiennym okazywaniu uczuć przysłania nam często to, co dzieje się między partnerami „tu i teraz”. Jeśli nie rozmawiamy ze sobą „na bieżąco” o tym, co naprawdę czujemy do siebie w danym momencie, czy obchodzą cię pasje partnera, dlaczego każde z nas zdecydowało się wejść w ten związek i w nim trwać, itd., itp., to źle to wróży na przyszłość. Bez trzeźwego obrazu tego, co się w każdym momencie dzieje pomiędzy partnerami w związku, gubimy nieświadomie sygnały, mówiące o tym, że „coś jest nie tak”. Nie zauważamy, kiedy on lub ona przestaje tak aktywnie jak wcześniej mówić o przyszłości, przestajecie rozmawiać na tematy „bieżące”, okazuje się, że nie akceptujecie (oboje albo jedno z was) indywidualnych zainteresowań drugiej osoby, no i wreszcie najgorsze, co może nastąpić – zamiast rozmawiać, kupujecie sobie prezenty.

W pewnym momencie „coś” zaczyna pękać i, jeśli związek był tylko fasadą, kryjącą chęć „ucieczki” jednej czy drugiej strony od dotychczasowego (wcześniejszego) życia, i nie było głębokiego uczucia do partnera/partnerki, zaczyna się problem: wypominanie drugiej stronie przeszłości, używanie argumentów zastępczych w dyskusji, przysłowiowe „szukanie dziury w całym”, itd. Wszystko po to tylko, aby nie przyznać się do pomyłki i nie powiedzieć: „przykro mi, ale nie kocham cię, nie jesteś tą osobą, z którą jestem gotowy/gotowa żyć na zawsze”. Gdy druga strona nie będzie w stanie dłużej takiej sytuacji znosić, to albo wybuchnie, albo bez awantur odejdzie.

Oczywiście dla strony, której nie stać na szczerość „wygodniejszy” jest pierwszy scenariusz – „to nie ja wywołałam awanturę, muszę uciekać przed zagrożeniem z jego strony. Ja jestem w porządku”. Jeśli natomiast druga strona zamiast się awanturować „spakuje manatki” i odejdzie, no to mamy klops. Pozostawiony partner/partnerka jest święcie przekonany o wyrządzonej mu krzywdzie.

Jeśli na tym się cały konflikt zakończy, to jeszcze nie jest źle. Gorzej, gdy opuszczona osoba próbuje się za wszelką cenę „odegrać”. Co osiąga? Nic, zamiast wyciągnąć wnioski i powiedzieć sobie „Fakt, lepiej, że się tak skończyło, bo nie kochałem, bo się pomyliłem”, to stara się odkuć, pognębić drugą osobę, najbardziej jak to możliwe.

Czytelniku, jeśli Twój związek się rozpadł, nie skupiaj się na zrzucaniu winy na drugą osobę, zamiast tego zastanów się ile oczywistych sygnałów o tym, że „coś tu nie gra” uciekło ci w trakcie trwania nieudanego związku. Czego, zakochany, nie dostrzegłeś – w sobie lub w nim/niej, choć dziś wiesz, że samo rzucało się w oczy? Wyciągnij z tego wnioski na przyszłość, aby kolejny związek wyglądał inaczej, lepiej. A w nowym związku żyj „tu i teraz”, bądź w każdej chwili i każdego dnia świadom tego, co się dzieje między wami, jakie sygnały (czasem bardzo niewyraźne) dostajesz od drugiej osoby. Natychmiast je wyłapuj i rozmawiajcie na ten temat.

Tak jak łatwiej jest utrzymać porządek w mieszkaniu, kiedy sprzątasz na bieżąco, tak jest i w związku. Jeśli podejrzewasz, że zaczyna być coś „nie tak” − rozmawiaj na ten temat, czyść sytuację. To jest naprawdę sposób na udany związek. Jeśli natomiast sytuacji nie uda się „wyczyścić” na bieżąco, bo np. drugiej stronie brak woli, to masz przynajmniej szansę wyjść z takiego związku ze zdecydowanie mniejszymi stratami.

Wszystkim Czytelniczkom i Czytelnikom życzę, abyście zawsze byli świadomi tego, co się naprawdę dzieje w Waszych związkach, co jest w nich rzeczywistością a co ułudą (marzeniem), czy łączy Was uczucie, czy tylko jego wyobrażenie i czy Wasz partner/partnerka jest osobą, czy tylko zastępnikiem kogoś innego (może jeszcze nienazwanego). Patrzcie na Waszą wspólną przyszłość poprzez obraz tego co się dzieje między Wami tu i teraz.

Zapraszam do dyskusji na ten temat, tu na blogu.

Dziękuję mojej wieloletniej, wiernej przyjaciółce za duchowe wsparcie, które było inspiracją do napisania tego tekstu.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Maryla pisze:

    Poznajemy osobę i nagle stwierdzamy, że to jest ta on/ona, z którą chcę rozmawiać i przebywać z nią jak najdłużej. Po prostu wtedy nie myślimy realnie. Jest to zauroczenie a nie żadna miłość. Wydaje nam się wtedy wszystko proste, ale obcując z sobą, coraz bardziej się poznajemy i wtedy otwierają nam się oczy. Ja na szczęście (mam nadzieję), że mam to już dawno poza sobą, bo w pewnym wieku człowiek ma swoje przyzwyczajenia, nawyki, których nie sposób się wyzbyć i nawet nie wyobrażam sobie, żeby „na stare lata” brać sobie ciężar drugiej osoby na swoje barki. Tyle w temacie z mojej strony….

Miło mi będzie poznać Twoją opinię

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

Nie możesz kopiować zawartości tej strony. Jeśli chcesz wykorzystać jakąś treść, skontaktuj się z właścicielem domeny.
%d bloggers like this: